czyli schizofreniczka w paryskim szpitalu...
Kategorie: Wszystkie | dzien dzisiejszy | le crâne de Zeus | prolog dla czytelnika
RSS

le crâne de Zeus

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Swietojanski ksiezyc plynal po niebie i odciskal na kalendarzu wilgotne plamy mlecznej tafli. Porywal mnie czasami zagladajac w okno, niesmialo, jakby z trwoga, ze sploszy mi sen z powiek, wkradal sie we framugi, wodzil jezykiem po malenkim lusterku szpitalnej lazienki, gladzil biale linoleum podlogi igrajac z moim wlasnym cieniem. Cien ow rzucala nocna lampka na przeciwlegla sciane a ja wodzilam palcem po poswiacie, rozbudzona i zsapana jednoczesnie. Obok chrapala Zuza, oddychala szybko i, zwinieta w klebek, tulila do siebie zolta poduszke. Co jakis czas do pokoju wpadala pielegniarka swiecac lampka po oczach czym kazdorazowo zrywala mnie na nogi. Plawilam sie bowiem w jakiejs niezrozumialej matni nieswoich wspomnien, miedzy snem a jawa, miedzy tym kim bylam a tym, co robily ze mna glosy. Sluchalam ich gdyz nauczylam sie ich sluchac. Wystarczylo poddac sie biernie, wejsc do rzeki, nie baczac na nieprzyjemny chlod - po prostu plynac z pradem do nieokreslonego celu ktory wyznaczala mi moja wlasna, chora wyobraznia. Dawalam wiec sie poniesc snom i marzenim, delikatnie i czule, w rytm jakiejs zapomnianej kolysanki. Bo bylo mi dobrze.

Doktor Bardot twierdzila ze wracam do siebie podczas kiedy ja czulam ze sie od siebie oddalam. Nie mozna przeciez przejsc przez zycie sniac niemal na okraglo. Owszem, realizowalam cele wyznaczone mi przez szpitalne reguly, uczestniczylam w zajeciach, malowalam kwiaty na przezroczystych butelkach po winie, rozmawialam z pacjentami o pogodzie i sloncu, wychodzilam na spacery i wysysalam soki ze stokrotek rosnacych przy krawezniku. Bo bylo mi dobrze.

Minal miesiac od moje ostatniej psychozy i wszystko wskazywalo na to, ze niedlugo opuszcze szpitalne mury i wroce do mojego rozsypanego w puzzle zywota. W szpitalu nie mialam jak tego skladac, dopasowac. W szpitalu uklada sie mozaiki z zaokraglonych kawalkow szkla, w szpitalu nie sypia sie po obiedzie, w szpitalu stoi sie w kolejce po wieczorne leki. Nieproszony rytm wkrada sie sam ujarzmiajac wszechobecna nude. Bo i o nudzie mozna zapomniec.

Minal miesiac a ja wciaz pisalam z wypiekami na twarzy stajac sie Lotka kilka razy dziennie. Nikt juz nie zwracal uwagi na moje ciagle metamorfozy, to, co mowilam gestykulujac zamszyscie, traktowano poblazliwie. Chudlam w oczach. Moja nowa identyfikacja musiala mi sprawiac spora frajde bo niejednokrotnie lapalam sie na tym, ze podekscytowana, dokads  zmierzam i zatrzymywalam sie w pol kroku czujac motylki w podbrzuszu. Te stany pamietam bardzo dobrze. To bylo jak delikatne przejscie z jednego snu w drugi. Czlowiek wybudza sie na krotka chwilke i wie, ze sni, a jednak jest mu tak milo i blogo, iz, swiadomie niemal, poddaje sie objeciom Morfeusza. To wlasnie czulam gdy na powrot stawalam sie Mada, nie majac pojecia o moim wtornym zyciu, wiedzialam gdzies, w glebi siebie, ze moje zycie nie jest pasmem leniwych zakretow. Zaczelam coraz bardziej lepic sie do swiata.

To byl ten stan ktory Kreska nazywla "upojeniem psychotycznym". Zdanie to pojawialo sie na jej ustach pare raz na dobe i do tej pory nie wiem co mialo oznaczac. Czy to, ze tworzylam? Ze mozna mnie bylo obserwowac? Ze zaprzestalam krzykow i wasni a usmiech nie schodzil mi z twarzy? Jakze latwo bylo owczas nawiazac ze mna kontakt - ze mna i moim drugim ja, ktore lekarze klasyfikowali jako kalke na Zuzie. Wariat bowiem wplywa na wariata, szczegolnie jezeli ten ostatni spedza z nim dobrych kilka tygodni. "Kopiowalam Zuze" wiec nie bylo powodu do zmartwien. Nawet jezeli nie robilam tego swiadomie.

W dzien poprzedzajacy Noc Swietojanska Kreska przyniolsa mi maly prezent. Bylo to pudeleczko od zapalek, smieszny gadget z dziecinstwa na naszych polskich rozdrozach: w zaleznosci od strony od ktorej chcialo sie pudeleczko otworzyc wyskakiwala biala lub czarna myszka. Jako dziecko onegdaj bawilam sie tym, przewidujac przyszlosc. Owego popoludnia upominek sprawil mi nieoczekiwana radosc.

Ktos powiedzial kiedys ze psychoza jest jak gra w kosci. Nigdy nie wiadomo co z soba przyniesie. Moja psychoza byla tym pudelkiem od zapalek z myszkami w srodku. Jeszcze wtedy nie wiedzialam, nikt nie wiedzial. Cos sie mialo stac, cos sie mialo wydarzyc, plynelam nurtem niebzpiecznej rzeki, bezbronna i bierna, tak naprawde pozostawiona sobie samej. Maska, ktora przyjelam miala podwojny usmiech. Przede mna blada kreska rsyowaly sie wiry i spienione fale ale moj umysl nie byl jeszcze w stanie tego dostrzec.

Bo bylo mi dobrze.

czwartek, 28 lipca 2011

....a mianowicie wszystko potoczylo sie inaczej, niz sobie wyobrazalam. Zamknieto mnie w izolatce podejrzewajac, iz moja dusza rwie sie do owego wysokopietrowego budynku by skonczyc z rozdetym lekami cialem: jeszcze z twarza powiginana z bolu na ksztalt maski lezalam przypieta pasami do metalowego lozka i lkalam bezradnie powtarzajac jak litanie slowo: "lisa".

W owym czasie zakonczylam pisanie pamietnikow, jako ze stan lotkowy nie pozwalal mi na to. Zreszta, coraz bardziej zaczelam wstydzic sie swojej pisaniny: zbyt dlugich zdan, bledow merytorycznych, interpunkcji, ktora zawsze byla moja slaba strona. Po drugie nie mialam juz zeszytow, a dobre dusze, ktore mnie odwiedzaly, jak na zlosc zapominaly lub gubily, albo, co bardziej prawdopodobne, oddawaly do depozytu. Terminatory, bowiem szalaly na moim punkcie, co wcale nie wprawialo mnie w dume, bo jakze mozna byc dumnym kiedy sie ma ego zzarte kwasem solnym do kosci. Nie, pycha nijak sie miala do stanu w ktorym sie owczas znajdowalam - bylam raczej ospala, drazaca z zimna i glodna, wstyd opiewal mi purpura pyzata facjate, owszem, mialam mozliwosc pisania na wordzie ale moje palce nie byly moimi, biegaly z szybkoscia swiatla po klawiaturze tworzac obcy, wydarty mi z podswiadomosci stan a jednoczesnie spychaly mi oczy w glab czaszki, tak mocno, ze czulam prawdziwy bol. Slepa i zawstydzona poddawalam sie biernie Lotce, o ktorej pojecia nie mialam. Tak bylo wtedy.

Niedawno przezylam stan podobny do lotkowego i wspomnienia wrocily jak burza w upalne, letnie popoludnie. Przepraszam najmocniej za przerwe: w moim zyciu wiele sie zmienilo, cos poprawilo, cos popsulo, nie bylam w stanie kontynuowac bloga. Ale teraz, kiedy czuje sie silniejsza i quasi zdrowa powracam do tych ciezkich i smutnych wspomnien by opisac moja przedziwna historie, ktora tak naprawde, nie ma konca. Bo nawet jezeli czuje sie "zdrowa" wiem ze czeka mnie jeszcze tysiace bitew - jedne wygram, innych nie. Omijam szerokim lukiem szpitalne mury, chodze tylko na oddzial dzienny gdzie spotykam podobnych do siebie ludzi. Nawiazuje znajomosci, otwieram sie, zyskuje przyjaciol, co jest tym bardziej nieprawdopodobne, ze zawsze uwazalam siebie za osobe niesmiala i nie nadajaca sie do kontaktow miedzyludzkich. Miewam psychozy, owszem, widze krew na rekach, kiedy myje glowe, po domu snuja sie cienie i widma, szpetne glosy drgaja nad moja glowa albo z tylu czaszki - ale postawilam sobie cel i obrazowo wyglada on tak:

Mianowicie porownuje moj tepy zywot do grubego sznura przykreconego w roznych miejscach do sosnowej deski, tworzac rodzaj nierownego czworokatu. Konce sznura sa zwiazane w slupel tak mocno, ze nijak udaje mi sie go rozwiazac. Zwisa on bezladnie, rozciagajac czworokat w dol. Sruby sa wielkie i bez wyimaginowanego srubokretu nie mozna ich odkrecic, chyba zeby sie chcialo zedrzec do krwi paznokcie. Kazda z czterech srubek ma swoja literke: prosto i bezpretensjonalnie A, B, C i D. Zeby ujrzec swoj zywot trzeba mi moralnie rozkrecic sruby i zobaczyc dlugosc sznurka. Po jakosci twierdze, iz nie jest on zbyt imponujacy. Ale nie o tym chcialam napisac.

Jak kazdy schizofrenik radze sobie jak moge. Oznaczylam punktem A moment w ktorym zaakceptowalam chorobe. Trwalo to miesiace, moze nawet i lata. Ale ktoregos dnia spojrzalam w lustro i twarz Adama stala sie moja wlasna a usta spiely sie w dziwny sposob, zanim wybelkotalam, gwizdzac prawie: "jestes chora". I bam, odpadla pierwsza srubka, do dzis slysze jej metalowy brzek na fajansowych plytkach mojej malej, szpitalnej lazienki. Z druga sruba nie bylo tak latwo. "Karmiono" mnie w szpitalu roznego rodzaju antypsychotykami, depakina, risperdolem, olanzepina, abilifayem. Za kazdym razem byl to strzal w pudlo mimo dobrych checi doktor Bardot i playmowbilowej Paulity Krauze. Dodawano antydepresant, zmieniano xanax na rivotril albo inne swinstwo w kropelkach, odmawiano stilnoxu raczac mnie teralenem po ktorym nie moglam spac i moje noce przypominaly koszmar w ktorym jedyna forma zapomnienia byly wypalane namietnie papierosy w duzych ilosciach. Kiedy stawalam sie Lotka, pisalam ale nic z tego okresu nie zapadlo mi w pamiec. To tak, jakby ktos wydzieral mi skrawki a nawet duze polacie zycia.

Dopiero po wyjsciu ze szpitala, rok pozniej, a moze i poltora roku, pewien lekarz wpadl na pomysl zeby podac mi cymbalte. Na poczatku czulam sie okropnie i zwracalam zielonozolte kapsulki, bedac pewna, ze jak zwykle nic "cudem nie zadziala". Minal miesiac i zaczelam powolutku stawac na nogi. Abilify w dawce 30 mg plus cymbalta i okresowo xanax zaczely robic "swoje". Cos sie zmienialo, zmienial sie swiat, zmienialam sie ja. Zaczelam intensywniej myslec o oddziale dzienny i terapii o ktorej do tej pory mialam watpliwe zdanie. Stal sie nastepny cud. Wstawalam rano wyspana, w dobrej formie, inna do tego stopnia iz nowy lekarz zaczal watpic w moja schizofrenie, a nawet odwazyl mi przypisac "efke borderline", ale szybko przekreslil  diagnoze dwoma grubymi krechami. Nadal, bowiem, slyszalam glosy i widzialam obce ciala spacerujace dookola mnie. Nie bylo to jednak juz tak straszne, nie poddawalam sie omamom, ignorowalam glosy. Po jakims czasie, nie wiem dokladnie ile to bylo miesiecy, moj stan ulegl znaczacemu polepszeniu. I ku mojemu zdziwieniu, z mojej podczaszkowej sosnowej deski wypadla druga srubka.

Zaczelam chodzic na oddzial dzienny i na terapie. Mowilam skladnie i z sensem a terapia nie polegala na rozdrapywaniu zabliznionych ran, tylko na sztuce poradzenie sobie z dzisiejszym zyciem. Moja terapeutka, Beatrice, okazala się fantastyczna, ciepla i znajcaca się na fachu osoba. Szybko nabrałam do niej zaufania. Wyrzucalam brudy, jak leci, w wielkich, kilkunastukilowych worach pelnych kurzu , potu i lez, mówiłam o Lotce, napomykalam o Lisie. Sluchala mnie patrzac mi prosto w oczy, jej delikatne powieki zdobily dwie czarne kreski. I tak powoli, nie dajac się omamom i jakby na przekor zyciu schizofrenika poczulam ze oto wypada trzecia srubka a sznur mojego zycia zawisl na tej jednej jedynej, do ktorej klucza nie potrafie na razie odnaleźć. Mysle, ze jest on gdzies w mojej przeszłości, w osobie Lotki, tożsamości Lisy. Dlatego, by nadazyc za tym wszystkim, zdecydowałam się kontynuowac moje pamiętniki, mimo iż niewiele z tamtego okresu pamiętam i czasami musze posługiwać się wyobraznia.

Na czym wiec stanęłam?  

Na tym, ze zamknieto mnie w izolatce a twarz moja maska była i maska miala zostac jeszcze dobrych kilka miesięcy…



sobota, 22 stycznia 2011

Moi kochani

Przede wszystkim chcialam Wam podziekowac za kazdy oddany glos. Dzieki Wam znalazlam sie w czolowce "blogow literackich", co mnie, nieskromnie bardzo raduje. Nadal mozna oddawac glosy na Bloga Blogerow ale, szczerze powiedziawszy, uwazam, iz nie mam cienia szans. Pytanie co zrobic by nie byc na szarym koncu? Usmiecham sie sama do siebie. To jest juz dla mnie ogromny sukces, wielkie wyzwanie, silny kopniak do tego, by pisac dalej. Wasze mile kometarze, te pozytywne, jak rowniez te bardziej krytyczne, daja mi sil do nowej walki. Teraz wszystko w rekach pani Grocholi - wierze ze moze uda mi sie zaistniec w pierwszej trojce. Tak ze, kochani, trzymajcie kciuki.

Mnostwo serdecznosci sle

Mada

wtorek, 11 stycznia 2011

Kochani

 

Ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2010 w kategorii Blogi literackie
Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści G00291 ( 0 to zero a nie litera O)

na numer 7122.

Koszt SMS, to 1,23 zł brutto

Bede wdzieczna za kazdy glos! Zyczcie mi powodzenia, sciskam

Mada

PS: I szczegolnie chcialam podziekowac tu Zorii ktora z czystego serca poprawila mi bledy

i polska czczionke, o ktore jak naszybciej uzupelnie bloga.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
odwiedzin Darmowe liczniki darmowe liczniki!